Korzenie i chwasty

Chyba każdy zna to uczucie. Wracamy ze Mszy św. , modlitwy czy innego wydarzenia o charakterze religijnym. Jesteśmy w podniosłym nastroju, wydaje się, że nikt i nic nie jest w stanie z tego wyrwać. Albo też Bóg dał nam chwilę pocieszenia i wszystkie trudności świata w tym momencie nie istnieją.

Ale mija czasem dzień, czasem godzina, a czasem nawet nie to.

Wracamy do punktu wyjścia. Popełniamy jeden błąd, potem drugi, a potem kolejny. Niekiedy mimowolnie, a  niekiedy, niestety, świadomie. Emocje, rozproszenia, natrętne myśli, pokusy, czasem czyjś atak czy prowokacja. 

Upadek. Znowu nie daliśmy rady. I znowu trzeba zaczynać od nowa. Możemy też usłyszeć złośliwe komentarze o tych, co do kościoła chodzą, a w swoim życiu robią coś innego, co zupełnie nie pasuje do tej ich pobożności. To samo wypomina nam sumienie.

Czy tak musi być? Czy jesteśmy skazani na ciągłe upadki?

Zewsząd słyszymy w Kościele o skutkach grzechu pierworodnego, o słabej naturze człowieka, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. To prawda, ale co z tego wynika? Czy jest jakiś sposób, aby z tą grzeszną naturą sobie jakoś poradzić?

Myślę, że gdyby nie było, byłby to dowód na nieistnienie Boga.

Ale On jest!

Ponieważ jest On miłością i miłosierdziem, jest też najlepszym lekarstwem na chorobę naszej duszy. Bo mówimy tu o chorobie. 

Nasza dusza jest jak betonowy bunkier (Franz Jalics, SJ), jak krystalicznie czysta szyba zbrukana nieczystościami (św. Teresa z Avila). Broni ona dostępu do Świętego Świętych (“Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?!” Kor 3, 16). Jest jak zasłona, która broni dostępu do wizerunku Boga, zasłona która zostanie zerwana u kresu naszych dni (św. Jan o Krzyża, Żywy płomień miłości). Bo sam wszechmocny Bóg za naszego życia nie jest w stanie jej zerwać, jeżeli nasza wola nie zezwala.

Dlatego trzeba tego aktu woli, trzeba bardzo chcieć.

I współpracując z Jego łaską, przez którą zyskuje wtedy dostęp do kolejnych “mieszkań” (św. Teresa z Avila, Zamek wewnętrzny) dochodzimy do tego, że nie mają już może do nas przystępu grzechy śmiertelne.

Ale to nie wszystko!

Korzenie grzechu są ciągle w nas. I to one dają znać wtedy, gdy upadamy w zwykłym codziennym życiu. To grzechy powszednie. One wystarczą, aby nie móc postąpić naprzód, aby znowu zaznać goryczy porażki. Jest ich dużo. Są jak gęste włosy (Jan Tauler) albo jak gęste i kłujące chwasty i dlatego tak trudno się z nimi walczy.

Mówiąc mniej poetycko, korzenie grzechu tkwią głęboko w naszej naturze i są związane z naszymi przyzwyczajeniami, a w związku z tym z potrzebami (Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, mówi mądre przysłowie ludowe). Osłabiają one człowieka, powodują że nie daje sobie rady z naporem emocji czy pokus.

Różne są sposoby walki z nimi. Tyle ich jest, ilu ludzi na ziemi, bo każdy jest inny. I każdy powinien szukać rady na nie, praktycznie w każdej chwili dnia. Nie ma od nich wolności, choć jak piszą święci, najbardziej wytrwali są na tyle mocni, że emocje, pokusy, myśli czy inne podstępy Złego już nie mają do nich dostępu. Z Bożą pomocą można stopniowo pokonać ich napór.

Ale droga do tego wiedzie dla świętych przez Noc zmysłów i drugą, jeszcze trudniejszą, Noc ducha (św. Jan od Krzyża). 

Może przynajmniej niektórzy pójdą tą drogą…

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Przeglądając stronę zgadzasz się na użycie plików cookies Możesz w każdej chwili dokonać zmiany ustawień dla plików cookies.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij