Camino 2019 – jak było

Myślę, że najważniejsze w tej pielgrzymce było to, że w ogóle do niej doszło…

Ciągnące się nieprzerwanie od początku grudnia jedno pasmo chorób stawało się z wolna nie do zniesienia. W porównaniu do ubiegłego roku byłem znacznie słabszy fizycznie, do tego wróciły dawne kontuzje. W ostatniej chwili, jak zawsze, zaatakowały tzw. “przypadki”, czyli np. ropień na dziąśle ostatniego dnia, w sobotę przed wyjazdem. Tylko najwyższa mobilizacja i mój zwykły upór doprowadziły do tego, że zdołałem zacząć i wędrówkę. A i w trakcie nie było wcale mniej ciekawie. “Przypadkowe” skręcenie nogi w kostce czwartego dnia postawiło całą pielgrzymkę pod dużym znakiem zapytania… Pamiętam doskonale, jak dwa lata temu w identycznej sytuacji pewna kobieta z Belgii musiała się spakować i wracać!

I to jest najbardziej pocieszające. Świadczy o tym, że Bóg jednak działa, bo o własnych siłach na pewno ani bym nie zaczął, ani bym nie skończył.

A poza tym, co pozostało po tej pielgrzymce? Parę ładnych zdjęć, dużo wspomnień. Jednak choć dziś jeszcze żyją w pamięci, jutro zaczną się już powoli zamazywać i ginąć… Może jednak nie wszystkie. Są takie, które pozostaną na dłużej, bo poprzez nie Pan zechciał powiedzieć więcej. I o nich będzie ten tekst.

Zawsze jest jakiś ogólny przekaz, sens, który można wyprowadzić z takiej dwutygodniowej próby. W tym przypadku jest to chyba sygnał: zwolnij! Pędzisz na zatracenie z tym swoim nienasyceniem i niecierpliwością na co dzień. Teraz już nie masz tyle sił ani zdrowia, co kiedyś. Korzystaj bardziej z doświadczenia, myśl więcej i zastanów się, zanim się rozpędzisz znowu.

Trudna to nauka… Kilka przymusowych dni w domu z infekcją gardła i nosa (skutek nieoszczędzania się po przyjeździe – w miejsce odpoczynku) wprawiły mnie w stan niezłej depresji: tyle jest do zrobienia, a ja nie mogę nic robić. Dzień się dłuży, nie mam swojego zwykłego rytmu, swojego planu. A wszystko dlatego, że nie wyciągnąłem od razu tego wniosku, o którym piszę wyżej. Przyszedł on dopiero po jakimś czasie, choć już w trakcie wędrówki dostawałem wyraźnie wskazówki!

A było też wiele zdarzeń i szczegółów, o których chciałbym powiedzieć, może były one mniejszej wagi, ale kto wie… Śpiew starszej kobiety, który był czymś tak niezwykłym w tym miejscu, w spiekocie i trudzie długiego dnia, że stałem długo zasłuchany, przeniesiony w jednym momencie w jakąś inną Rzeczywistość.. Józek ze swoimi ranami na stopach; może pomogła mu moja maść, bo wiem że doszedł, a ostatniego dnia zrobił ponad 40 km… Moje niezwykłe spotkania i rozmowy w ostatnich dniach…

Chcę w tym miejscu podziękować tym, których postawiłeś na mojej drodze w tym roku, mój Boże.

Dziękuję ci Antonio, mój przyjacielu z Luarcy, bo nie starałeś się zarobić na czyimś nieszczęściu; przeciwnie, byłeś dla mnie mocnym oparciem w te dni i dzięki tobie poszedłem dalej. I nie przeszkadzało nam to, że po angielsku umiałeś tylko OK…

Dziękuję ci kobieto z Brazylii, za twoją życzliwość i wszystko, co dla mnie zrobiłaś; jak mówiłaś, wyobraziłaś sobie siebie samą w tym położeniu…

Dziękuję ci Per, mój przyjacielu ze Szwecji, za to że zechciałeś podzielić się ze mną swoim pokręconym życiem, tak podobnym do mojego. I nie byłeś w tym pobłażliwy dla siebie, nie szukałeś wymówek.

Dziękuję ci Dziewczyno z Kentucky, moja towarzyszko ostatnich kilometrów, za to że zechciałaś odezwać się do mało atrakcyjnego, starego faceta i za to, że zaraziłaś go swoim entuzjazmem i życiem, które wręcz tryskało z ciebie.

Dziękuję i wam, trzem starszym panom z Nowej Zelandii, Anglii i USA, za to że spędziliśmy razem godzinę w knajpce na Rua San Francisco, dobrotliwie pokpiwając ze świata i siebie nawzajem, czterech wesołych staruszków…

I tobie, mój przyjacielu z Kostaryki, bo udzieliło mi się twoje ciepło, które jest właściwe tylko dla Latinos; wyczułem w tobie dobrego człowieka. Zaśpiewałeś mi kawałek smutnej pieśni, którą w ubiegłym roku grał klarnecista w Ponte de Lima. Byłeś wzruszony tym, że mi się to wtedy spodobało i nagrałem to. Szkoda, że nie zapytałem o tytuł.

I tobie kobieto z Korei, bo pokonałaś opory właściwe swojemu narodowi i byłaś przez chwilę otwarta i szczera. To tak wiele znaczy.

I tobie, anonimowy pielgrzymie z Taiwanu, którego minąłem na Monte de Gozo; pomyślałem, że gdybym miał połowę twojej wiary, mógłbym góry przenosić. W twoich oczach odbijały się już wieże pobliskiego Santiago; to one cię niosły. Jakże inny byłeś od Koreanki, radosny, uśmiechnięty, niepowstrzymany…

I wam, przyjaciele z Tyrolu, bo tak mnie mile zaskoczyliście – myślałem, że jesteście Niemcami, było w was jednak coś innego; cóż za dziwna, niesamowita nacja ci pół Włosi, pół Niemcy. Jednak bardziej Włosi, tylko mówiący za co dzień po niemiecku.

I tobie, śliczna dziewczyno z Kolumbii, tylko za to że byłaś tam; twoja uroda zapierała dech w piersi. Piękne kwiaty są po to, aby przynosiły ludziom radość.

Dzięki Ci Boże za nich i za wszystkich innych, których nie wspomniałem… Racz wybaczyć tym, przez których czasem nie było łatwo. Za tych z Kraju, którzy zechcieli skontaktować się ze mną i życzyli mi dobrze… Tych, których polecałem w swoich modlitwach i wszystkich wymienionych wcześniej otocz swoim wielkim Miłosierdziem i opieką, abyśmy spotkali się kiedyś razem na wieczystym Camino, gdzie Drogą będziesz już Ty sam.

Dodaj komentarz

Przeglądając stronę zgadzasz się na użycie plików cookies Możesz w każdej chwili dokonać zmiany ustawień dla plików cookies.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij